Dzieciom powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na wakacje. Na lotnisku zrozumiały, że to nie taka podróż [rozmowa z afgańskim uchodźcą]

15 sierpnia 2021 r. talibowie weszli do Kabulu i przejęli władzę w Afganistanie. Rozpoczęła się ewakuacja zachodnich sił i ich afgańskich współpracowników. Z kraju próbowali wydostać się afgańscy żołnierze, politycy, dziennikarze, urzędnicy, sędziowie i ich rodziny, dla których dalszy pobyt w opanowanym przez talibów Afganistanie był śmiertelnie niebezpieczny. 

W ewakuacji brała udział również Polska. Na zlecenie rządu wykonano 44 loty, przewieziono do Polski 1100 osób, z czego 937 osób to obywatele Afganistanu.

Po przylocie do Polski uchodźcy musieli przejść dwutygodniową kwarantannę, zgodnie z przepisami covidowymi. Po tym czasie rozpoczęła się procedurę uchodźcza. Mogli dalej mieszkać w ośrodku dla cudzoziemców, gdzie zostali skierowani, albo ubiegać się o tzw. świadczenia pozaośrodkowe i żyć w społeczeństwie.

Wsparcie od państwa jest niewielkie: to 750 zł na osobę samotną na miesiąc, a 1500 zł na czteroosobową rodzinę. Za to muszą wynająć mieszkanie i się wyżywić. Uchodźcy mają też prawo do rocznego programu integracyjnego prowadzonego przez samorządy. Bez pomocy organizacji pozarządowych i ludzi dobrej woli rozpoczęcie życia w nowym miejscu jest dla nich bardzo trudne.

Rozmawiamy z 40-letnim mieszkańcem Kabulu, który wraz z rodziną przyleciał do Warszawy pod koniec sierpnia i tu zaczyna życie od nowa. Ze względów bezpieczeństwa poprosił o zachowanie anonimowości. 

Anita Karwowska: Kiedy wsiadł pan w samolot do Polski?

A.: 22 sierpnia. Tydzień po tym, jak talibowie zajęli Kabul. Musiałem ratować swoją rodzinę.

REKLAMA

Przez kilka lat pracowałem dla prezydenta Afganistanu Aszrafa Ghaniego. Miałem liczne kontakty międzynarodowe, współpracowałem z ONZ, afgańskimi i zagranicznymi organizacjami pozarządowymi, amerykańskim wojskiem, robiłem materiały dla zachodnich mediów. Kiedy talibowie wjeżdżali do Kabulu, odbierałem kolejne telefony od dziennikarzy z zagranicy m.in. z Australii i Kanady, że muszę jak najszybciej wyjechać z kraju.

Sytuacja w Afganistanie zmieniła się z dnia na dzień, ewakuacja prowadzona przez Amerykanów i państwa NATO była walką z czasem, by uratować jak najwięcej osób, zanim stanie się to niemożliwe. Jak to wyglądało z pańskiej perspektywy?

– Państwo runęło na naszych oczach. Miałem dostęp do wielu informacji, a jednak nie spodziewałem się tak błyskawicznego rozwoju wydarzeń. Zresztą nikt nie był na to przygotowany. Bankomaty przestały wypłacać gotówkę, system bankowy padł. Straciłem w ten sposób oszczędności.

Jak wyglądały te ostatnie dni przed wylotem z Kabulu?

– Moi przyjaciele z zagranicy szukali dla mnie bezpiecznej drogi ewakuacji. W końcu zadzwonili, że mogę wraz z rodziną lecieć do Polski. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy na lotnisko. To był najtrudniejszy moment, na lot czekaliśmy cztery dni. Tłumy ludzi, chaos i przerażenie. Razem ze mną była trójka naszych dzieci i żona w siódmym miesiącu ciąży. Zgubiłem bagaż, w którym miałem laptop i komórkę. Do Polski przyleciałem bez niczego.

Do Kabulu poleciały dwa wojskowe transportowce C-130 Hercules i mniejsza Casa C295M. Do kraju uciekinierzy z Afganistanu przylecieli na pokładzie dreamlinera LOT-u, którego z Polski wysłano do Uzbekistanu (na zdjęciu)Do Kabulu poleciały dwa wojskowe transportowce C-130 Hercules i mniejsza Casa C295M. Do kraju uciekinierzy z Afganistanu przylecieli na pokładzie dreamlinera LOT-u, którego z Polski wysłano do Uzbekistanu (na zdjęciu) Fot. Facebook/Mateusz Morawiecki

Jakie życie zostawiliście za sobą?

– Dobre życie. Bardzo lubiłem swoją pracę, mieliśmy szczęśliwy dom.

Co by się stało, gdybyście tam zostali?

– Wszyscy, którzy namawiali mnie do tego wyjazdu, byli przekonani, że talibowie po mnie przyjdą. Osoby pracujące dla rządu, Amerykanów, NATO, zagranicznych mediów i organizacji są sukcesywnie namierzane przez talibów, osadzane w więzieniach, torturowane.

Ktoś z pana bliskich nadal jest w Afganistanie?

– Ojciec, brat, kuzyni. Bardzo chciałem ich zabrać ze sobą, ale to było niemożliwe. Dwa tygodnie temu zabrano mojego ojca, został zatrzymany na dwa dni. Oficjalnym powodem były jakieś rzekome nieprawidłowości z budową, którą ojciec prowadził przy domu. Jesteśmy jednak pewni, że miało to związek z moją pracą.

Wymienia pan kontakty międzynarodowe, m.in. z USA, Kanadą, Australią. Czy miał pan kontakt z Polską wcześniej?

– Podczas pracy zawodowej poznałem trochę Polaków, choć w ostatnich latach nie miałem prawie żadnych kontaktów. Ale coś jednak z Polską mnie łączy. Pracując dla prezydenta Ghaniego, odpowiadałem za korespondencję dyplomatyczną. Wiele listów, które nasz prezydent wysyłał do Polski, było napisanych przeze mnie.

Teraz mieszka pan z rodziną w ośrodku tymczasowym dla cudzoziemców w Łukowie.

– Ośrodek jest przepełniony, są tu uchodźcy nie tylko z Afganistanu, ale też innych krajów, m.in. Czeczenii. Na początku października urodziło się nam – już tutaj, w Polsce – dziecko. Jest więc nas sześcioro: czworo dzieci, żona i ja.

Jak radzą sobie dzieci?

– Starsze, czyli córka w wieku 11 lat i syn w wieku 9 lat, chodzą do szkoły w Łukowie. Zostały dobrze przyjęte przez innych uczniów, zresztą jest tam więcej dzieci cudzoziemców. Motywuję moje dzieci, żeby jak najszybciej nauczyły się polskiego. Córce idzie całkiem dobrze, zna już podstawowe słowa po polsku, kiedy zabieram ją do sklepu, umie się porozumieć.

Na ile rozumieją swoją sytuację? Wiedzą, co się stało w Afganistanie?

– Już tak, ale kiedy opuszczaliśmy kraj, powiedzieliśmy dzieciom, że wyjeżdżamy na wakacje. Już na lotnisku zorientowały się, że to coś innego. Widziały te tłumy ludzi próbujących dostać się do samolotów i zaczęły zadawać pytania.

REKLAMA

Po przylocie do Polski córka skontaktowała się przez WhatsApp ze swoimi koleżankami z klasy. Chodziła do prywatnej szkoły, uczniowie razem z rodzinami wydostali się do różnych krajów. Czytała te wiadomości od nich. Jedna z koleżanek napisała: jestem w Dubaju, kolejna: jestem w Berlinie, inna: jestem w USA. Wtedy córka zaczęła pytać, co się takiego wydarzyło. Nie rozumie tego, co się stało, nie może pogodzić się z tym, że teraz szkoły w Afganistanie są już dla dziewcząt zamknięte.

A żona?

– Jest w złym stanie psychicznym. Była bardzo zżyta z rodziną, martwi się o nią i tęskni. Staram się podnosić ją na duchu. Jeśli sam mam gorsze myśli, to wychodzę, nie chcę, by mnie takiego widziała.

Co będzie dalej?

– Dzięki pomocy Wspólnoty Sant’Egidio będziemy mogli przeprowadzić się do Warszawy. Szukam pracy. Dziś najważniejsze jest dla mnie to, że jesteśmy bezpieczni i że dzieci mogą się dalej uczyć.

Czyli chcecie tu zostać?

– Tak, jestem bardzo wdzięczny polskiemu rządowi za pomoc, której nam udzielił.

Ale obecna polityka państwa polskiego wobec uchodźców jest nieprzyjazna. Również społeczeństwo jest mocno podzielone co do gotowości pomocy. Słyszymy o tym, że wiele osób ewakuowanych do Polski stara się jednak wyjechać na zachód Europy. Pan nie. Dlaczego?

– Wszyscy, i zagraniczni koledzy, i tutaj poznawane osoby, zadają mi to pytanie.

Właśnie.

– Kiedy przylecieliśmy do Polski, razem z nami było ok. 15 afgańskich rodzin. Dziś zostało pięć. Reszta wyjechała do Niemiec. Postanowiliśmy zostać, bo to Polska udzieliła nam schronienia, pomogła mi w najtrudniejszym momencie życia. Poza tym – takie są przepisy.

Zaczynam od nowa, poznaję ludzi, mam nadzieję, że szybko znajdę pracę.

Czy wróci pan kiedyś do Afganistanu?

– Nie wiem. Może kiedyś będzie to możliwe w ramach pracy dla jakiejś organizacji międzynarodowej? Jestem pewien, że wrócić tam nie mogą moje dzieci. Chcę, żeby zdobyły jak najlepsze wykształcenie, w Afganistanie stało się to niemożliwe.

Można dziś jeszcze kogoś stamtąd ewakuować?

– Staram się pomóc wydostać z Afganistanu kilku muzyków, dla których dalszy pobyt tam jest bardzo ryzykowny. Ale to bardzo trudne. Obywatele Afganistanu mają dziś ogromne problemy ze zdobyciem paszportu. Te na czarnym rynku podrożały ze 100 do 1000 dolarów. Wiem, że niektóre kraje prowadzą operacje mające na celu wydostanie z Afganistanu ludzi, ale dostępne jest to dla bardzo ograniczonej grupy osób.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Source

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Turystyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *